Skip to content Skip to main navigation Skip to footer

„Maka” Rudzińska

Biografia Marii „Maki” Rudzińskiej napisana przez nauczycielkę Gimnazjum Publicznego w Osieku panią Annę Woszczynę.

Urodziłam się 15 sierpnia 1920 roku. To pamiętna data – dzień „Cudu nad Wisłą”. Czy wywarło to na mnie jakiś wpływ? Nie wiem. Wiem jednak, że ojczyzna była w moim domu wartością najważniejszą. Ojciec, ziemianin, działacz społeczny, bojownik o wolność, zapraszał wiele znakomitości życia społecznego, politycznego – Piłsudski, Haller, Mościcki, Fałat. Rosłam w atmosferze radości posiadania ojczyzny. Wyjazdy do szkół, za granicę były wspaniałe, ciekawe, ale … tęsknota ciągnęła do domu. To czas beztroski, radości.

Trzydziesty dziewiąty rok zastaje mnie i całą rodzinę w Osieku. Uciekamy na wschód. Jednak bardzo szybko wracamy, gdy wkraczają tam wojska sowieckie. I znowu Osiek i znowu nie na długo. Wiosną 1940 roku razem z ojcem na piechotę docieramy do Oświęcimia, stamtąd koleją do Słupi. Uciekamy przed gestapo. W majątku mamy czeka reszta rodziny.

Pomagam ojcu w gospodarstwie i w konspiracji. Działa u nas tajna filia Uniwersytetu Jagiellońskiego, tajne gimnazjum i liceum. Około ośmiuset osób uzyskało matury. Tato, Komendant Obwodu AK, nawiązał kontakt z Batalionami Chłopskimi, ukrywał w domu przez trzy tygodnie Wincentego Witosa. Ja też byłam w AK. Podczas moich pobytów w Warszawie nawiązałam z nimi kontakt. Cały czas czekałam na rozkaz.

Przyszedł. Dokładnie 29 lipca 1944 roku wyjeżdżam do Warszawy. Jak mam o tym powiedzieć rodzicom? Boję się. Wiem, co zobaczę w oczach mamy – łzy przerażenia i rozpaczy, ale i głębokie zrozumienie słuszności mego wyboru. Przecież nie mogę inaczej, to mój obowiązek, to moja służba!

Dwa dni po moim przyjeździe wybucha powstanie. Pełnię służbę w Szpitalu Ujazdowskim, potem pracuję na Mokotowie w Szpitalu Elżbietanek. „Siostro Mako!” wołali na mnie żołnierze i cywile. A ja biegłam bez zastanowienia, bez wytchnienia, by dać im choć odrobinę ukojenia, ulżyć w cierpieniu. Ciepły uśmiech, róża wetknięta we włosy były promyczkiem nadziei, balsamem dla duszy. Ponoć moje „złote dłonie” czyniły cuda – opatrunki mniej bolały, poprawione poduszki nie uwierały.

Cieszyła mnie radość pacjentów, smuciły łzy i cierpienie. Bałam się jednak, strach towarzyszył mi nieustannie. Przerażały mnie bombardowania, świst pocisków, brzęk tłuczonych szyb, głuchy łoskot walących się domów. Tuliłam się wtedy do mej przełożonej, Matki Teresy Ledóchowskiej. Ona pocieszała, tuliła w ramionach, ocierała łzy. Kiedy wszystko cichło, wracałyśmy do pracy.

Pod koniec sierpnia zachorowałam. Nie mogłam jednak zostawić rannych, gdy świat walił się nam na głowę. Ciągle słyszałam od Matki: „daj spokój, idź się położyć”. Nie słuchałam … Warszawa stała się moim grobem.

Wróciłam do Osieka. Drewniany kościół rzadko rozbrzmiewa głosami. Cisza, spokój, ukojenie… Tylko dęby i lipy śpiewają mi pieśń Norwida:

Dziadowie moi nie znali też innej;
Ja nóg jej ręką tykałem;
Sandału rzemień nieraz na nich gminny
Ucałowałem.

Niechże nie uczą mię, gdzie ma ojczyzna,
Bo pola, sioła, okopy,
I krew, i ciało, i ta jego blizna
To ślad – lub – stopy.”

Opracowanie:
Anna Woszczyna, nauczyciel w Gimnazjum Publicznym w Osieku