Skip to content Skip to main navigation Skip to footer

Wspomnienie Macieja Rudzińskiego

Maria Rudzińska – Maka: Jak ją widzę dzisiaj? I jak ją przez te wszystkie lata zachowała moja pamięć? Są to trudne pytania, bo nie można w kilku słowach zamknąć złożonej prawdy o człowieku tak bliskim, jak rodzona siostra.

Jedno jest pewne: nie było nic z owego trochę sztucznego patosu, jakim po latach obrosła legenda o bohaterce z innego ziemiańskiego domu – osławionej Emilii Plater. Maka była pełną prostoty i radości życia młodą dziewczyną. Podobnie jak rówieśnice, lubiła się bawić, śmiać, tańczyć. Była otwarta na świat i ludzi, toteż w jej pamiętniku – dawniej zwanym „sztambuchem” – znajdziemy dziś pełno zabawnych rysuneczków, wierszyków i czułych wyznań, bo miała mnóstwo koleżanek od serca. A także adoratorów.

Była jak się mówi, dziewczyną z charakterem. Ambitna, obowiązkowa i dokładna – zarówno w szkole, jak i podczas zajęć domowych. Ze studiów w Paryżu, potem z Pniew, z Zakładu Sióstr Urszulanek przywoziła doskonałe oceny pracy, a co ważniejsze – pochwały za postawę koleżeńską i gotowość służenia pomocą. Pamiętam, że w stosunku do mnie, dużo młodszego i rozbrykanego brata, była wyrozumiała i opiekuńcza, chociaż traciła nieraz cierpliwość – nieraz dostałem od niej lanie, zawsze chyba zasłużone.

Muszę tu dodać jedną bardzo ważną cechę jej charakteru: głęboki patriotyzm. Wyrastał on na pewno z historycznych lektur, między innymi z ulubionych powieści Żeromskiego i Sienkiewicza, lecz przede wszystkim z atmosfery naszych dwóch rodzinnych domów. Bo zarówno matka mego ojca, mieszkająca z nami w Osieku, jak i matka mej matki, mieszkająca w Słupi koło Jędrzejowa, pochodziły ze starych rodzin o tradycjach związanych z polskimi powstaniami, po których były wspomnienia z emigracji do Francji, czy zsyłki mego pradziada na Sybir… Na tę atmosferę składały się kontakty ze słynnymi postaciami polskimi – odwiedzali nasz dom tacy wspaniali ludzie, jak niezapomniany Książę Metropolita Sapieha, Marszałek Piłsudski, Prezydent Mościcki, czy generał Józef Haller, który był dowódcą ojca – rotmistrza wojsk polskich.

Ale wśród wielu pięknych chwil i wspomnień z naszego dzieciństwa, jawi mi się teraz jedna tragiczna scena, która ukazuje cechy charakteru mej siostry Maki. Jest 17 września 1939 roku – miejscowość Trojanówka blisko granicy rosyjskiej… Radio podaje o piątej rano, że ruszyła inwazja wojsk sowieckich na Polskę! Tak więc nasz „tabor” – dziesięć bryczek, którymi liczna nasza rodzina uciekła ze Słupi przed ofensywą niemiecką – robi teraz w tył zwrot, aby wrócić w rodzinne strony, zajęte już przecież przez okupanta hitlerowskiego. Podejmując tę dramatyczną decyzję, mój ojciec – oficer rezerwy ciężko ranny podczas wojny z bolszewikami w 1920 roku – zwraca się teraz z prośbą do Maki, aby z uwagi na Niemców wrzuciła jego ukochany mundur wojskowy do przydrożnego rowu… Maka ze łzami w oczach bierze ten mundur i zakopuje go w gęstym zagajniku, odcinając z pietyzmem metalowy guzik z orzełkiem… Będzie ten guzik przechowywać przez cały okres okupacji. Choć nie znaleźliśmy go nigdy potem w jej rzeczach, kto wie, czy nie wzięła go ze sobą, gdy na rozkaz dowództwa swego oddziału AK powróciła ze Słupi do Warszawy – tuż przed wybuchem powstania…